Sinus Rozmawia z AnnV

Bez kategorii, Rozmowy

Wywiad z AnnV w imieniu Sinus Academy przeprowadziła ANIIS.

AnnV

-No to zacznę standardowo, jaki był twój pierwszy kontakt z muzyką?

Kontakt z muzyką mam od urodzenia.
Wychowywałam się na MTV – to były czasy kiedy jeszcze nie było Internetu. Uwielbiałam
całymi dniami ładować w siebie całą komercyjną papkę, która wtedy była na czasie (śmiech).
Już w przedszkolu zabawiałam rodziców, siostrę, wujków i dziadków swoimi występami
wokalnymi zarówno w domu (mieszkaliśmy w 8 osób w 3-pokojowym mieszkaniu) jak i na
przedszkolnej estradzie. W wieku 7 lat rodzice posłali mnie do szkoły muzycznej, za co jestem
im bardzo wdzięczna, ponieważ dało mi to możliwość świadomego kształcenia słuchu. Jednak
nie mogłam się w niej odnaleźć. Pomimo bardzo dużej wrażliwości muzycznej, niezbyt dobrze
szło mi granie na skrzypcach – uwielbiałam fortepian, ale ze względu na zbyt małe dłonie
przydzielono mi właśnie klasę instrumentów smyczkowych. Poza tym, nie cierpiałam muzyki
poważnej, a edukacja muzyczna niestety opiera sie tylko na niej, co stanowi wielką barierę dla
rozwoju i może powodować wielkie zniechęcenie.

-Uważasz zatem, że szkoły artystyczne albo właściwie nie powołani do tego nauczyciele,
mogą zabić kreatywność?

Nie uważam, żeby zabijały kreatywność – tego nie da się zrobić! Co najwyżej nie pozwalają
na jej rozwój, lub szybszy rozwój. Opierają się na muzyce poważnej, rozpływają się nad jej
formą i życiorysami twórców (coś najbardziej nudnego na świecie) i techniką grania. To są
szkoły dla tych, którzy chcą zostać później wirtuozami instrumentów. Szkoły muzyczne nie
rozwijają zupełnie wrażliwości muzycznej, rozumienia muzyki w sensie filozoficznym czy raczej
emocjonalnym. Jedynie grę na instrumencie, co należy uwzględnić z wielkim szacunkiem –
wymaga ona ogromnej wrażliwości i stopienia się z tym narzędziem. Ale chyba tylko to.
Szkoła muzyczna ogólnie mnie zniechęcała. Podczas występów miałam wielką tremę – to
nie był lęk przed publicznością – dziś go nie mam – lecz brak wiary we własne możliwości i
świadomość, że coś nie idzie mi tak jak powinno, bo nie czułam tego całym sercem. Spełniałam
się jednak w domu podczas codziennego grania na pianinie, kiedy aranżowałam utwory
słuchanych przeze mnie wtedy wykonawców rozrywkowych.
Podczas ostatniego koncertu w klasie ósmej szkoły podstawowej, zamiast zagrać repertuar
przewidziany mniej lub bardziej przez program szkoły, postanowiłam złamać ten standard
i wraz z przyjaciółką Sylwią Szymańską przygotowałyśmy na dwoje skrzypiec aranżację
“Unforgiven” Metallica – ludzie nie wiedzieli co się dzieje. Miałyśmy ogromną satysfakcję.
Można powiedzieć, że tutaj zaczęła się przygoda, ponieważ skreśliłam pewien schemat, którym
mozolnie podążałam wcześniej, a zakiełkowała we mnie świadomość tego, że muzyka mnie
naprawdę kręci. Potrafiłam też godzinami codziennie wieczorem z moją siostrą Julią grać na
gitarze i śpiewać nasze ulubione piosenki, szczególnie Alice In Chains oraz Pearl Jam. Następnie pojawiła sie roczna przerwa. Tęsknota jednak popchęła mnie do podjęcia decyzji
o dalszej edukacji, lecz tym razem moim instrumentem stała się perkusja. Udało mi się
wytworzyć prawdziwą więź pomiędzy umysłem, sercem oraz instrumentem, który nareszcie
stał się środkiem ekspresji mnie samej. II stopień szkoły muzycznej jednak również mnie
znudził, dzięki takim przedmiotom jak formy, czy harmonia, które sprowadzały muzykę (znów
poważną oczywiście, bo innej się nie słucha w szkole) do kwestii matematyki. To było dla
mnie nie do pomyślenia i nie do wytrzymania. Kolejny kontakt z muzyką miałam podczas
robienia licencjatu z reżyserii dźwięku i tutaj pojawiła się iskra zapalająca dla mojej obecnej
działalności producenckiej. Podczas kolejnych studiów z filozofii, powróciłam jednak do grania
na, uwaga, skrzypcach!. Miałam swoje, rodzice kupili mi je z myślą, że może kiedyś sobie
pogram – nie wiem co ich do tego skłoniło (śmiech). A jednak. Granie w Kameralnej Orkiestrze
Uniwersyteckiej sprawiało mi nie tyle radość, co umożliwiło wykorzystanie mojego zapału do
kompozycji i aranżacji. Podczas koncertu noworocznego wykonaliśmy jeden z utworów mojego
autorstwa – “Eruht” – na smyczki i kotły (mój ulubiony instrument perkusyjny). Powoli zbliżałam
się do tego, czym zajmuję się teraz, czyli komponowania i samodzielnej produkcji. Potem chyba
była dłuższa przerwa, interesowałam się bardziej filozofią i jogą, niż muzyką. Dziś, wszystkie te
trzy dziedziny są dla mnie równie istotne.

-Czy pamiętasz kiedy stałaś się świadomym odbiorcą muzyki?

Moja świadomość z początku była bardzo nieświadoma. Mtv, radio i to co było na tacy. Nie
padną tutaj żadne zaszczytne nazwy w stylu Pink Floyd, czy Queen, chociaż u mnie w domu
się tego słuchało. Do dziś nie wiem do końca, czym się kieruję, jeśli stwierdzam, że coś jest
dobre czy nie. Po prostu musi chwytać za serce, albo emocje – musi kręcić, to chyba najlepsze
określenie (z Julią oceniałyśmy intensywność emocji poprzez ilość noży wbitych w brzuch,
tak…). Czyli najpierw był pop, później rock, grunge (ale nie Nirvana, ich jakoś pominęłam),
metal, szczególnie kołysał mnie death metal, a następnie poprzez industrial, gothic, Marilyna
Mansona, electro doszłam do czystej elektroniki. Muszę wyodrębnić Mansona, ponieważ za
swoich dobrych czasów, czyli do płyty “Holy Wood”, miał na mnie ogromny wpływ zarówno pod
względem emocjonalnym jak i muzycznym. Teraz słucham wszystkiego, szczególnie jazzu i
ethno-transu.

– Kiedy rozpoczęłaś komponować własną muzykę oraz zaczęłaś korzystać z niej jako
medium?

Od dzieciństwa chodziłam i coś tam sobie nuciłam i albo pozostawało to w mojej głowie albo
zostało później zaaranżowane na fortepian.
Mam kilka kompozycji, naprawdę bardzo starych i tylko w postaci zapisu nutowego.

-Na jakich programach pracujesz podczas produkcji muzyki?

Na początku pracowałam na Fruity Loops, obecnie na Ableton Live. Używam również skrzypiec,
bębnów, nagrywam sample na mikrofon, to taka pozostałość po fascynacji industrialem, no i
oczywiście śpiewam. Cała muzyka pochodzi organicznie lub syntetycznie ze mnie.

-Czy wyzwaniem było opanowanie ich a może działałaś pod wpływem tak
silnych motywacji, że rozwój przychodził bez większego wysiłku?

Myślę, że nie znam tych programów w całości. Korzystam z nich na tyle ile są mi potrzebne.
Nie jestem typem, którego twórczość podąża za wynalazkiem, czyli nie poświęcam godzin, lat
na grzebanie w programie, czytanie tutoriali, by zobaczyć co można tam zrobić. Nie jestem
absolutnie fascynatką swoich narzędzi, wręcz przeciwnie, potrafią mnie bardzo wnerwiać,
gdy procesor nie nadąża za moimi myślami (tutaj znów chętnie porównam to do gry na
instrumencie, gdzie podobne rzeczy się nie zdarzają). To te programy są dla mnie, nie na
odwrót. Jestem również bardzo “minimalna”, czyli nie lubię zakopywać się w możliwościach. To
chyba pozostałość po graniu na instrumencie, jest nim teraz program i komputer. Poznanie
programów w moim przypadku odbywa się poprzez eksperyment. Siadam, robię utwór,
wszystko poznaję podczas pracy.

AnnV cover

-W jaki sposób pracujesz nad utworami? Czy działasz według jakiejś stałej koncepcji/
planu?

Są dwie stałe koncepcje: albo powstaje najpierw beat, który prześladował moje myśli od
jakiegoś czasu i nie pozwala mi spokojnie iść ulicą; albo jest to linia wokalna, którą powtarzam,
powtarzam, aż w końcu dam jej ujście w utworze.

– Potrafiła byś nazwać swoją muzykę?

Nie jest to do końca smutek, może raczej melancholia, która “wyłazi” z głębi podświadomości.
A może ja jestem tak mroczna, że nawet tego nie widzę (śmiech). Wiesz, ja wiele razy starałam
się zrobić optymistyczny utwór (generalnie jestem optymistką, czasem naiwną wręcz), ale
zawsze “wtryni” mi się jakiś dysonans, bez tego nie potrafię – musi coś zgrzytnąć trochę nie
w ten riff lub jakoś inaczej. Nie cierpię, kiedy wszystko jest takie proste i klarowne – nie budzi
wtedy odpowiednich emocji, bo jakieś na pewno, ale chyba nie o te mi chodzi. Muszą pobudzać
do myślenia, pozostawiać coś, choćby ślad. Nie chciałabym na siłę nadawać nazwy. To takie
zboczenie krytyków muzycznych, że nie wystarczy im nazwa zespołu, czy projektu (projektu
– takie modne słowo ostatnio – wszystko jest projektem, to chyba wynika z multimedialności
sztuki i ciężko mówić już o zespołach, bandach, itd.). Kiedy pojawia się coś nowego na przykład
w muzyce rockowej, to od razu tworzy się nowy gatunek i dzięki temu stwarza się możliwość
innym do kopiowania tego “nowego gatunku”.

-Wydałaś już jeden album i 3 epki we Włoskiem labelu Le Galassie di Seyfert. Jak to się
stało, że ten Label?

“The world is so tempting” to był utwór, który został zremixowany przez Synth Aliena i
wydany przez Le Galassie di Seyfert, dlatego na mnie wpadli. Byli pierwszą wytwórnią, która
zaproponowała mi współpracę a stało się to bardzo szybko, bo już po roku odkąd zaczęłam
oficjalnie pokazywać swoją muzykę (wtedy obowiązkowy był portal społecznościowy myspace,
dziś facebook, którego nie cierpię, nawet nie mam prywatnego). No więc dlaczego by nie
spróbować? Ich propozycja i tak była dla mnie zaskoczeniem, ponieważ wcale nie uważałam,
że materiał był doskonały i gotowy do wydania. Im się spodobał. Uznałam, że jeśli mogę je
wydać chociażby w postaci mp3, zamiast trzymać tylko na komputerze, to tak zrobię, a czemuż
by nie?

-Wystąpiłaś między innymi na madeinpoznan.noc, Krzyk Maszyn, Misietupodoba.
Lubisz występy publiczne? jak słuchacze odnajdują się w twoich dźwiękach?

Bardzo lubię grać na żywo i traktuję to cholernie poważnie, bez względu na to ilu osób się
spodziewam. Granie przede wszystkim musi sprawiać mi radość, dlatego nie znoszę kiedy
nie mam dobrego odsłuchu, ponieważ wtedy mam wrażenie, że ludzie słyszą to co ja. Ciągle
nie mogę się przyzwyczaić, że podczas koncertu, po mojej stronie muzyka nie brzmi tak
subtelnie jak u mnie w domowym studio i trochę mi to przeszkadza. Jeszcze mnóstwo pracy i
doświadczenia jest mi potrzebne.

 

-Mieszkasz teraz w Londynie, czy uważasz, że w Polsce jest mniej możliwości rozwoju…
Jakie dalsze plany muzyczne AnnV?

Do Londynu przeprowadziłam się dopiero 2 października tego roku, dlatego cały czas jestem na
etapie urządzania. Tutaj zamierzam realizować projekt solowy jak i nowopowstały.
W czerwcu powstał dwuosobowy projekt z moim udziałem, który jeszcze nie został nazwany.
Paulina Szczepaniak zasiądzie za elektroniczną perkusją, a ja uzupełnię rytm swoim wokalem
oraz elektronicznym ambientem.

-Co sądzisz o kondycji polskiej muzyki elektronicznej?

Szczerze mówiąc nie wsłuchuję się w polską muzykę – jestem ignorantką – wiem.

-Czy uważasz, że stosunkowo mało kobiet tworzy muzykę elektroniczną, jeśli tak to jak
myślisz z czego to wynika?

Tak, stosunkowo mało kobiet tworzy muzykę elektroniczną.
Ale nie mam pojęcia z czego to wynika. Ja osobiście zawsze chciałam śpiewać. A muzykę
zaczęłam robić, żeby mieć do czego śpiewać, ostatecznie role się odwróciły i teraz raczej
uzupełniam muzykę wokalem, traktuję go jako instrument. Może inne kobiety wolą skupiać się
na jednym konkretnym instrumencie i śpiewaniu, może wolą pracę z grupą ludzi? Ja jestem
typem samotnika i poza moim nowym projektem – duetem, nie dopuszczam nikogo do swoich pomysłów – taka Zosia samosia. Chcę robić wszystko od początku do końca sama.

https://soundcloud.com/annv

http://www.lastfm.pl/music/AnnV

https://soundcloud.com/legalassiediseyfert

http://www.facebook.com/pages/AnnV/211523212235184